Poniższy artykuł pochodzi z 70-tego numeru Nexusa.

Jego wydawca (Agencja Nolpress) ma stronę internetową zamieszczoną pod adresemhttp://www.nexus.media.pl/

Ich e-mail to Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. 

Telefon do Agencji Nolpress to 85 653 55 11

 

Liczne malowidła religijne przedstawiają w otoczeniu świętych osób wizerunki unoszących się w powietrzu obiektów, które do złudzenia przypominają znane nam współcześnie UFO, co prowadzi do wniosku, że obce istoty towarzyszą nam od zamierzchłych czasów.

Czytając tytuł tego artykułu praAJĄNIATwie każdy zastanawia się zapewne, co też takiego autor miał na myśli? Czy odkryto jakiś sarkofag z mumia istoty pozaziemskiej? Czy może odkopano gdzieś na pustyni statek kosmiczny w kształcie dysku? Nic takiego nie miało miejsca, co nie zmienia jednak faktu, że dowody są przygniatające. Chodzi o fakty z kilku dziedzin, które zestawione razem tworzą całość wręcz niepodważalną. Nie da się ich w żaden sensowny sposób wytłumaczyć inaczej jak przez odwołanie się do ingerencji cywilizacji pozaziemskiej. Dotarcie do nich zajęło mi wiele lat i przedstawiłem je w dwóch książkach, które ukazały się pod koniec ubiegłego roku: Chrystus i UFO oraz znacznie rozszerzone, nowe wydanie książki Oś świata. Obejmują one dwa zagadnienia z różnych okresów historycznych, jednak doskonale się uzupełniają. Oś świata prezentuje dowody z czasu rozkwitu najstarszych cywilizacji starożytnych , natomiast Chrystus i UFO poświęcona została, jak wskazuje tytuł, dowodom z czasów biblijnych. Zacznę od tematu przedstawionego w tej drugiej.

 

Jesteśmy przyzwyczajeni do tak zwanej historii biblijnej jako do utrwalonego, jednoznacznego kanonu. W zasadzie trudno było spodziewać się, że nagle kanon ten okaże się mieć konkurencję, która z jednej strony była kiedyś akceptowana przez Kościół, a z drugiej pokazuje nam jednak rzeczywistość diametralnie inną. Relatywizm kanonu biblijnego? Jak to w ogóle możliwe? Otóż, okazało się to możliwe dzięki kilku brzemiennym w skutki okolicznościom.

 

To prawda, trudno byłoby obecnie spodziewać się, że na przykład papież będzie omawiał związek pomiędzy fundamentami religii chrześcijańskiej a cywilizacjami pozaziemskimi. Był jednak okres, w którym ludzie nie rozumieli samego pojęcia "cywilizacja pozaziemska" i informacje o tego rodzaju związkach bez problemu przechodziły przez filtr cenzury kościelnej - w okresie średniowiecza i renesansu.

 

"Zgrzyty" wynikające z powiązania zagadnienia cywilizacji pozaziemskich z wiarą nie były co prawda rozumiane przez ludzi z tamtych czasów, ale najważniejsze jest to, że są zrozumiałe dla nas dzisiaj. Niektórzy Czytelnicy zapewne zetknęli się już kiedyś z przykładami sztuki sakralnej, na których oprócz kontekstu religijnego przedstawiano typowe UFO. Pewne przykłady tego rodzaju były już znane, sam zamieściłem kilka w wydanych wiele lat temu książkach Wizyty z nieba i Księga dowodów. Co innego jednak parę odosobnionych przykładów, a co innego obszerny zbiór tego rodzaju dzieł, który daje już pewien spójny obraz. Dotarcie do tego rodzaju świadectw zajęło mi wiele lat i w rezultacie udało mi się zgromadzić zbiór, którego wartość dowodowa jest na tyle duża, że wspomniane dzieła pochodzą z różnych krajów, z różnych epok (od XIV do XVIII wieku), a nawet z różnych kręgów kulturowych - zjawisko to odcisnęło bowiem swoje szokujące piętno na całym obszarze Europy oraz w strefie oddziaływania Kościoła bizantyjskiego do Gruzji włącznie. Wszystkie one mają jednak zasadniczą cechę wspólną: obiekty latające przedstawiono mianowicie w "świętym" kontekście i na ogół towarzyszą one Chrystusowi oraz/lub Matce Boskiej. Przedstawiona na nich rzeczywistość jest w dużej mierze zgodna ze sobą - na przykład dwa freski o zupełnie innym rodowodzie przedstawiają UFO unoszące się nad ukrzyżowanym Chrystusem, które są bardzo podobne. Względne bogactwo tych dzieł pozwala wręcz na zilustrowanie poszczególnych etapów życia Chrystusa w sposób zupełnie inny niż powszechnie znany - można stworzyć pewną chronologię tego zjawiska. Od obrazu Giotta przedstawiającego tak zwaną gwiazdę betlejemską (obserwacji której nie odnotowano jednak w innych częściach świata) poprzez "alternatywne" przedstawienie chrztu Chrystusa i jego "alternatywne" ukrzyżowanie, po wniebowzięcie, które dokonuje się wewnątrz dziwnego obiektu latającego. Wszystkie te obrazy, freski, a nawet arrasy, mają - powtarzam - jedną cechę wspólną, którą jest występowanie UFO w tle, przy czym nie pozostawiono nawet cienia wątpliwości na temat tego, o jak głęboki związek chodzi.

 

Jakiego rodzaju są to obiekty? Zaskakuje refleksja, że przegląd ten nie odbiega znacząco od współczesnej statystyki ufologicznej. Na ogół przedstawiano dyski, kule lub obiekty w kształcie zbliżonym do kropli. Jeszcze bardziej szokuje fakt, że w tych przypadkach, w których dyski przedstawiono w widoku z boku (bo są też dyski widoczne mniej lub bardziej od dołu, wtedy są widoczne jako elipsy), ich podobieństwo do współczesnych UFO nie ulega jakiejkolwiek wątpliwości - mamy kształty przypominające odwrócony spodek lub talerz. Kształty są dosłownie takie same, jak na współczesnych fotografiach. Co z tego wynika?

 

Przede wszystkim realność zjawiska jest w tym świetle niepodważalna, ponieważ to samo pojawiało się w różnych miejscach ówczesnego świata chrześcijańskiego i w różnym czasie oraz dlatego że pasuje to zarazem do wzorca znanego z obecnej epoki. Poza tym mamy do czynienia ze spójnym szeregiem faktów obejmującym cały określony aspekt historii (dla naszej kultury aspekt fundamentalny!), w tym niemal cały okres życia Chrystusa. Widać więc, że nie ma mowy o jakiejś przypadkowej obserwacji jednego obiektu na niebie, nie mogło też wziąć się to z przypadkowego podobieństwa jakiejś chmury do dysku z kopułą. Obcy nie pojawili się w tym aspekcie historii ani przypadkowo, ani jednorazowo, lecz ewidentnie siedzieli w nim po uszy. Mamy więc dowód manipulowania rozwojem kulturowym ludzkości. 

 

 

 

 

 

  

 

Pamiętam rozmowę z nieżyjącym już Arnoldem Mostowiczem, który podsumował kiedyś podobne rozważania stwierdzeniem: "UFO towarzyszy ludzkości, jak długo ona istnieje". Wystarczy jednak przejrzeć najważniejsze z reprodukcji tych dzieł sztuki sakralnej (zajmujących w książce 16-stronicową kolorową wkładkę i kilka stron czarno-białych), aby stało się jasne, że obiekty klasyfikowane obecnie jako UFO robiły o wiele więcej niż tylko "towarzyszyły" ludzkości. Można to porównać do sytuacji, gdy przyzwyczajeni do jakiejś scenerii, nazywanej "rzeczywistością, nagle przekonujemy się, że podniosła się kurtyna, o istnieniu której dotychczas nie wiedzieliśmy, i ujrzeliśmy kulisy, a tam sznurki łączące postacie ze sceny z jakimiś dłońmi znajdującymi się wyżej. na obrazach i freskach nie ma co prawda sznurków, ale są snopy światła i promienie laserów... Na jednym z obrazów przedstawiono nawet scenę, w której wyrocznia zwraca uwagę rzymskiego cesarza na znajdujący się nad nim wielki dysk, na którym ukazał się skrót imienia Chrystusa. Czyż trzeba lepszej reklamy adresowanej do wahającego się władcy? Nagle staje się jasne, jakim cudem chrześcijaństwo tak szybko zmiotło z rzymskiej sceny religijnej dziesiątki innych konkurencyjnych kultów. A trzeba wiedzieć, że w tym okresie nawet pewne pojęcia, takie jak wstrzemięźliwość i skromność, awansowały do miana bogów i bogiń i stawały się obiektami kultu (to, że w sądzie możemy wciąż natknąć się na przykład na posąg Uczciwości, to nie przenośnia poetycka, ale wierne przeniesienie rzeczywistości rzymskiej). Wierzeń takich jak heretycki odłam judaizmu, jakim początkowo było chrześcijaństwo, było w gruncie rzeczy bardzo wiele i dzisiaj poza specjalistami z wąskiej dziedziny nikt o nich nie pamięta.

 

Znaczenie tych dowodów, będzie jeszcze większe, gdy uświadomimy sobie, że sztuka sakralna, zwłaszcza w okresie średniowiecza, podlegała ścisłemu nadzorowi teologicznemu i nie było tu szczególnej dowolności pozostawionej artyście, a, po drugie, sztuki tej nie można odczytywać w myśl tych samych zasad, według których dzisiaj odbieramy sztukę abstrakcyjną - takie pojęcie w ogóle wtedy nie funkcjonowało. Twórcy sztuki kościelnej i ich z reguły kościelni zleceniodawcy zawsze traktowali przekazywane treści bardzo dosłownie (w każdym razie w porównaniu z percepcją człowieka współczesnego). Zagadnieniu różnic percepcyjnych w stosunku do czasów współczesnych i kontekstowi kulturowemu poświęcona została znaczna część książkiChrystus i UFO, jest to bowiem czynnik o podstawowym znaczeniu. Oczywiście wiąże się to z zagadką źródeł, z których czerpano. Muszę przyznać, że wprawdzie pewne opisy, które można odnieść do określonych źródeł - naocznych świadków - istnieją i są obecnie znane, jednak wyjaśnia to problem tylko w niewielkim stopniu, zwłaszcza że te znane opisy dotyczą innych sytuacji, niż zostały przedstawione na obrazach. Mimo znacznego wkładu pracy nie udało mi się ustalić, na czym konkretnie ci artyści się opierali. Jesienią 2008 roku konsultowałem się w tej sprawie między innymi ze znawcą zagadnienia symboliki i ikonografii Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (UKSW) w Warszawie, autorem wielu opracowań. Pokazałem mu kilka przykładów, jednak dla niego również było to kompletną zagadką. Jedno jest jednak pewne: w tamtym przesyconym mistyką okresie w obiegu funkcjonowało wiele tekstów, które później celowo zniszczono lub ukryto, albo zniknęły one z późniejszego horyzontu niejako naturalną koleją rzeczy, chociażby dlatego, że pochodziły z czasów, gdy nie znano jeszcze druku i istniały w pojedynczych egzemplarzach. Pomimo to musiały mieć wtedy status źródeł "pełnoprawnych", w przeciwnym razie hierarchia kościelna nie uznawałaby utrwalonej w nich rzeczywistości.

 

Trzeba też pamiętać, że w średniowieczu nie istniał jeszcze jednoznacznie ustalony kanon świętych pism - prośby takie (można rzec: cząstkowe) podejmowano na różnych soborach, jednak de facto w obiegu były bardzo różne pisma. Zresztą, w tamtych czasach, gdy nie znano druku, a zbiory, na przykład klasztorne, składały się w  większości z dzieł w dzisiejszym rozumieniu unikalnych, nie można było po prostu wyliczyć "tytułów znajdujących się na indeksie", bo nikt dokładnie nie wiedział, co i gdzie się znajduje. Taki "filtr" nie byłby szczelny. Ostateczny kanon pism biblijnych określono dopiero na Soborze Trydenckim w roku 1543, w związku z czym w okresie, w którym powstawały przedstawione tu dzieła sakralne, ich autorzy mogli jeszcze odwoływać się do stosunkowo bogatego zasobu źródłowego. fakt, że ludzie nie rozumieli pojęcia "obiekt latający" tak jak dzisiaj (jako techniki), powodował oczywiście, że umieszczenie takowego na obrazie nie wywoływało "alarmu". Jeśli tylko było to zgodne ze źródłami, o których wiedział autor lub jego zwykle duchowny zleceniodawca lub odbiorca, to było to akceptowane (bo często zamawiał obraz jakiś możny fundator, ale wtedy na ogół musiał spełniać on kryteria duchowego odbiorcy...). Zaistniał więc ciekawy paradoks: ciemnota średniowiecza i rygorystyczne traktowanie doktryny nie przeszkadzało w "przemycaniu" na światło dzienne tego rodzaju informacji, których w dzisiejszych realiach na pewno by nie ujawniono! Drugi paradoks to, że przekazy odbierane przez Kościół (zapewne) jako obrazoburcze wtedy traktowano jako kluczowe dla widzenia rzeczywistości boskiej - jako święte. Ta ich waga zapewne wynikała wprost z opisów, na jakich się opierano. Chodzi więc o całkiem poważny problem wymagający głębszego zastanowienia. O tyle ważny, że bez wątpienia obejmujący informacje przeznaczone dla potomności... Zaryzykuję twierdzenie, że uświadomienie sobie tego zagadnienia, tych faktów, to jedno z najbardziej doniosłych wydarzeń, jakie może nastąpić w naszych czasach. Upoważnia to również do postawienia sobie całego szeregu fundamentalnych pytań, przede wszystkim o to, jak to możliwe, że możemy mieć prawdę na przysłowiowym talerzu, a mimo to jako ludzkość nie widzieć jej. Jest to klucz nie tylko do zrozumienia roli UFO, ale w ogóle do zrozumienia naszej cywilizacji, do uświadomienia sobie, jak dziwne mechanizmy rządzą jej funkcjonowaniem. Rozważaniom na ten temat, mam nadzieję że nie jałowym, poświęciłem prawie połowę wspomnianej książki. Wnioski poparłem przykładami...

 

 

 

 

 

Bardzo ciekawe są dwa wiążące się z tym zagadnienia opisane obszerniej w książce. Pierwsze to skonfrontowanie tych obrazów (których zreprodukowano około 20) z szeregiem relacji dotyczących wniebowzięć i innych zastanawiających kontaktów z obcą inteligencją - bo jakby na sprawę nie patrzeć, tak czy inaczej, chodzi o inteligencję obcą. Drugie natomiast to oznaki dokonujących się współcześnie zmian w nastawieniu samego  Kościoła. Jak wspomniałem, nasz rodzimy ekspert od symboliki i ikonografii chrześcijańskiej z interesującego nas okresu nic w istocie nie wyjaśnił, jednak ciekawe sygnały napływają od pewnego czasu z Watykanu...

 

W niniejszym artykule pozwolę sobie zaznaczyć tylko najistotniejsze fakty. Wydaje się, że sprawcą zmian jest sam papież Benedykt XVI, który nadzorował wcześniej jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary wiele ciekawych badań, od dotyczących właśnie tych spraw po objawienia i tak zwaną tajemnicą fatimską (zresztą, pochodzący z Fatimy opis świetlistej kuli wpasowuje się w ten sam schemat) 11 czerwca 2006 roku podczas modlitwy na Anioł Pański wygłosił do zgromadzonych nieco zaskakujące słowa:

 

"Wszechświat, dla posiadających wiarę, w całości mówi o Bogu w Trójcy jedynym: od międzygwiezdnej przestrzeni aż po mikroskopijne cząsteczki".

 

Dokładnie tydzień później podczas obrzędu poświęconego Eucharystii dodał jeszcze, jakby chcąc podkreślić znaczenie tej kwestii:

 

"Promień Eucharystii nie wyczerpuje się w obrębie Kościoła, wartość Eucharystii ma zasięg kosmiczny".

 

To ostatnie zdanie trudno odebrać inaczej niż jako nawiązanie do życia pozaziemskiego; jako komunię, która przecież materii nieożywionej nie dotyczy. Głos w tej sprawie zaczęło zabierać także wielu teologów, duchownych i świeckich związanych z Kościołem, a zwłaszcza duchownych watykańskich. W kwietniu 2007 roku astronomowie odkryli planetę podobną do Ziemi krążącej wokół jednej z gwiazd (w sumie odkryto już wiele planet poza naszym układem), co stało się pretekstem do kolejnego poruszenia tych kwestii. W reakcji na toDziennik przeprowadził wywiad z teologiem prof. Tadeuszem Gadaczem, byłym współpracownikiem księdza Tischnera. Na pierwsze pytanie: "Czy Bóg mógł stworzyć inne światy? Czy dałoby się pogodzić istnienie kosmitów z religią chrześcijańską?" - odpowiedział następująco: "Odkrycie życia rozumnego poza Ziemią nie stoi w żadnej sprzeczności z nauką chrześcijańską, bo mamy tak fundamentalne idee jak Stworzenie: Bóg stworzył nie tylko Ziemię i człowieka, ale także cały kosmos. Poza tym w idei zbawienia zawarta jest jego powszechność. W wielu księgach biblijnych występują stwierdzenie mówiące, iż zbawienie obejmuje wszystko, co istnieje. Nie możemy jako ludzie żyjący na małej planecie mieć egoistycznego przekonania, że jesteśmy sami we Wszechświecie. [...]"

 

Później, w roku 2008, głos zabrał szef watykańskiego obserwatorium astronomicznego w Castel Gandolfo ksiądz Jose Gabriel Funes:

 

"Można przyjąć, że istnieją inne światy, także bardziej rozwinięte od naszego bez kwestionowania wiary..."

 

To stwierdzenie zaskakiwało już odwagą i otwartością, choć nie było ostatnim tego rodzaju. Trudno oczywiście nie zastanowić się, dlaczego zostało wypowiedziane! Co ciekawsze Funes (duchowny argentyński) został niespodziewanie mianowany szefem obserwatorium po wypowiedzi swojego poprzednika w tej samej sprawie, która była sceptyczna! Oficjalnie podano, że chodziło o "przyczyny zdrowotne". Co jeszcze ciekawsze, Benedykt XVI przeprowadził identyczną roszadę na stanowisku kierowniczym także w drugim obserwatorium, z którego korzysta Watykan, w Arizonie, gdzie sceptyka zastąpił jezuita znany z otwartego podejścia do UFO. Dlaczego dyrektorzy obserwatoriów astronomicznych mają reprezentować postawy dopuszczające istnienie określonej rzeczywistości, to już chyba każdy sam może sobie odpowiedzieć...

 

7 maja 2006 roku inny wysoko postawiony dostojnik watykański, ksiądz Corrado Balducci, wziął udział w programie włoskiej telewizji na temat UFO (kanał "Speciale G2") i ku zaskoczeniu, zarówno gospodarzy, jak i widzów, wyjął wielką odbitkę fotograficzną przedstawiającą formację UFO w kształcie idealnego krzyża (to znaczy mającego proporcje krzyża chrześcijańskiego). Miało to służyć przekazaniu informacji, że Watykan o wszystkim wie. Ale konkretnie o czym? Najwyraźniej "coś jest na rzeczy", coś się dzieje, lecz Watykan nie chce lub nie może podać powodów czy szczegółów otwarcie. Tak czy inaczej, w dziełach Kościoła jest to niewątpliwie zjawisko bez precedensu.

 

 

 

 

 

 

Zacytowane wcześniej wypowiedzi hierarchów Kościoła na temat cywilizacji pozaziemskich (w tym stwierdzenie Funesa, że one istnieją!) w istocie "omijają" problem, któremu poświęcona jest wspomniana książka - problem związku tych cywilizacji z pewnymi wydarzeniami sprzed dwóch tysięcy lat. Kwestia tych związków - faktycznych czy potencjalnych - z samą religią traktowana jest dość płytko. Mimo to udało mi się odnaleźć wypowiedź odnoszącą się do sedna problemu. Jej autorem jest sam Balducci! Przyznał on, że relacje świadków dotyczące obserwacji UFO nie mogą być dyskredytowane, ponieważ "ludzkie świadectwa są fundamentem życia społecznego i religijnego". Gdybyśmy je dyskredytowali, "pozbawilibyśmy religii chrześcijańskiej jej fundamentów". W kwestii obiektów latających stwierdził: "Możemy wykluczyć anioły, a zwłaszcza diabły [...] oni nie potrzebują obiektów latających, aby pokazywać się ludziom... Kościół nie będzie się wypowiadał na ten temat, to jest domeną nauki. Co do możliwości życia na innych planetach, to Biblia tego nie wyklucza, jako że moc Boga nie zna granic".

 

Jest to pogląd ciekawy i "postępowy", jednak dzieła sztuki sakralnej zaprezentowane we wspomnianej książce pokazują, że posiada on zasadniczą lukę. Wygląda bowiem na to, że "rydwany aniołów" i statki pozaziemskie to jedno i to samo! Przy tej okazji pojawia się też problem ewentualnego podejścia, w którym nie dostrzega się sprzeczności rzeczywistości technicznej z wyobrażeniem religijnym. Jeśli jednak ktoś sądzi, że aniołowie mogli korzystać z techniki umożliwiającej im przemieszczanie się w przestworzach, to rodzi się wtedy pytanie o to, w czym dokładnie dopatrzył się ich boskiego charakteru. Jest to wyzwanie, które dla duchownych jest niemożliwe do pokonania.

 

Druga ze wspomnianych we wstępie książek poświęconych ingerencji wyższej inteligencji w rozwój ludzkości (Oś świata) początkowo wcale nie miała mieć takiego charakteru. W porównaniu ze starszym wydaniem z 2002 roku została znacznie rozszerzona i, na dobrą sprawę, w połowie napisana od nowa. W ciągu minionych siedmiu lat pojawiło się bardzo dużo nowych informacji początkowo zbieranych z myślą o wydaniu amerykańskim (które ukazało się w roku 2008 jako Axis of the World). Ostatnie jej polskie wydanie jest jeszcze bardziej ulepszone w stosunku do tego zza oceanu. Formalnie książka ta jest poświęcona pewnej tajemnicy dotyczącej śladów łączących najstarsze ziemskie cywilizacje, zwłaszcza tropowi związanemu z wymarłym odłamem białej rasy, który zaznaczył swoją migrację z Azji nie tylko na zachód, w stronę Europy, ale przede wszystkim na wschód - w poprzek Pacyfiku.

 

Czasami tak jest, że autor pisząc książkę nie zdaje sobie sprawy, jaki ogólny obraz się z niej wyłoni, zwłaszcze gdy oparta jest ona na bardzo wielu różnych źródłach i zawiera bardzo wiele powiązanych ze sobą wątków. Tak było i tym razem. Dopiero gdy ją sam przeczytałem po jej ukończeniu, uległem wrażeniu, że w gruncie rzeczy stanowi ona uzupełnienie pracy Chrystus i UFO, tak jakby była odrębnym rozdziałem poświęconym temu samemu problemowi, z tym że tutaj chodzi o epizod w historii ludzkości znacznie poprzedzający czasy biblijne. Wnioski, jakie się nasuwają, są jednak analogiczne, chociaż nie jestem pewien, czy choć raz pada w książce określenie "cywilizacje pozaziemskie". Na podstawie przedstawionych faktów nie da się jednak wyciągnąć innych wniosków. Podam przykład: punktem wyjścia do "zagłębienia się" w zagadnienie, które ostatecznie okazało się bardzo rozległe i głębokie, był fakt odkrycia już przed drugą wojną światową, że pismo używane przez bodaj najstarszą znaną "wielką" cywilizację starożytną - cywilizację Doliny Indusu, której pozostałości znajdują się dzisiaj w Pakistanie - jest tym samym, które odkryto na Wyspie Wielkanocnej położonej w południowo-wschodniej części Pacyfiku. Problem jest o tyle zastanawiający, że, po pierwsze, centrum cywilizacji Doliny Indusu (Mohendżo Daro) i Wyspa Wielkanocna znajdują się niemal dokładnie po przeciwnych stronach kuli ziemskiej. Oznacza to, że najwyraźniej jacyś zupełnie dziś zapomniani nosiciele równie zapomnianej starożytnej kultury (zaginiony lud, czego w książce dowodzę!), wiedzieli, że Ziemia jest kulą i byli w stanie skorelować ze sobą punkty leżące po jej przeciwnych stronach. Tysiące lat temu! Dodatkowo okazuje się, że oba pisma stanowią wzajemne lustrzane odbicia - to znaczy zarówno hieroglify, jak i całe teksty wyglądają tak, jakby były oglądane przy pomocy lustra! Tak jakby realizatorzy tego przemilczanego obecnie, globalnego przedsięwzięcia chcieli nam przekazać, że zdawali sobie sprawę z charakteru opisanej korelacji. W książce użyłem obrazowego porównania, że jest to tak, jakby nagle na Alasce odkryto lustrzane odbicie egipskiej Wielkiej Piramidy. Całe fundamenty egiptologii można by wtedy z czystym sumieniem wyrzucić na śmietnik. Bo jak tak gigantyczny przeskok pogodzić z wiedzą akademicką? Zwłaszcza że był to przeskok obejmujący tylko jedną kulturę... To jest po prostu niemożliwe. Mowa przecież o okresie, gdy na naszej planecie cywilizacje dopiero się kształtowały. I nagle w tym kontekście pojawiają się działania realizowane na globalną skalę, precyzyjnie. Nie chodzi przy tym wyłącznie o oba wspomniane wcześniej punkty. W połowie drogi na łączącej je linii znajdują się najbardziej chyba tajemnicze ruiny na Ziemi, znane jako Nan Madol. Profesor, który odczyta wspomniane pismo, stwierdził przy tym, że ta nazwa odczytana w języku związanym z "lustrzanym" pismem znaczy... "w połowie drogi". Śladów podobnej rangi jest więcej - cała książka jest im poświęcona i nie są to żadne domysły czy nadinterpretacje, ale rzeczy znane naukowcom, których nie potrafią oni jednak wyjaśnić, a w wielu przypadkach nie potrafią nawet powiązać ich ze sobą. Tworzy to w sumie obraz, który bez względu na to, jakbyśmy tego chcieli, nie da się żadną miarą pogodzić z potocznymi wyobrażeniami na temat początków dziejów na naszej plancie.

 

Końcem łańcucha śladów, którymi starałem się podążyć, są ruiny, których interpretacją zajmowałem się już wcześniej, co nie zmienia faktu, że ich ignorowanie przez naukę tylko potwierdza wyłaniającą się przy tej okazji regułę. Ruiny te leżą w Boliwii w Ameryce Południowej i znane są pod nazwą Puma Punku. W porównaniu ze starszym wydaniem Osi świata ich opis został rozszerzony o wiele nowych faktów, jednak najważniejszym plusem nowego wydania jest film dokumentalny na ten temat, który jest dołączony do książki w formie płyty DVD, gdzie widać wszystko znacznie lepiej niż na drukowanych reprodukcjach.

 

Puma Punku bez przesady można określić mianem ruin, które nie mają odpowiednika nigdzie indziej na świecie! Można zadać sobie pytanie: a cóż takiego może być niezwykłego w kamieniach? Precyzja? Przecież to tylko kwestia czasu poświęconego na przykład na ich szlifowanie czy polerowanie. Nie, problem polega na czymś zupełnie innym. Mamy tam do czynienia ze skomplikowanymi kształtami, które są dokładnie powtarzane (są serie określonych bloków), a przy tym wykorzystano je z tak dużą precyzją, że po prostu nie dałoby się tego zrobić ręką "na oko" na takiej samej zasadzie, na jakiej nie otrzymano równiej i gładkiej szyby próbując piaskiem szorować odlaną płytę szklaną i wyznaczając równość powierzchni przy pomocy sznurka, do czego, mniej więcej, sprowadza się interpretacja oficjalnej archeologii. Można owszem, wykonać blok z równymi bokami, ale jeśli ma to być bardzo skomplikowany kształt z profilami wchodzącymi w głąb i składający się na przykład z 86 płaszczyzn, przy czym wszystkie detale wykonane są bez zarzutu, a na nie uszkodzonych powierzchniach widać precyzję na poziomie 0,1 mm, to mamy namacalny i jak najbardziej konkretny dowód istnienia w zamierzchłych czasach cywilizacji technicznej. Wystarczy, zresztą, spojrzeć na serie wykonanych w blokach otworów, aby każdy, kto ma chociaż minimum percepcji i wyobraźni technicznej, zdał sobie sprawę, że mamy tu coś, co znany kiedyś rosyjski badacz i teoretyk tak zwanych paleokontaktów, Wladimir Awiński, określił mianem "technicyzmów niezgodnym z kontekstem historycznym epoki". Jednym słowem, klasyczny przykład "powrotu do przyszłości"...

 

 

 

 

 

 

Aby było jasne, udałem się z prośbą o konsultację do współczesnego specjalisty od obróbki kamienia, prezes jednej z najlepszych firm w Polsce, który popatrzył na zdjęcia i zapytany o to, jak jego zdaniem coś takiego mogło być wykonane tysiące lat temu, odparł po chwili zastanowienia, że... "nie starcza mu na to wyobraźni" oraz że "było to wręcz niewykonalne". Fragment tego wywiadu znalazł się oczywiście na wspomnianej płycie DVD. Z archeologiem, który był zresztą w Puma Punku, też próbowałem na ten temat porozmawiać, ale nie był w stanie nic ciekawego powiedzieć na temat zastosowanej technologii. Odniosłem wrażenie, że w ogóle nie myślał takimi kategoriami. Owa zagadka archeologiczna, jest - powtarzam - czymś niepodważalnym. To nie hipoteza formułowana na podstawie na przykład jednego zdjęcia czy jakiś wniosek poszlakowy. To obszerne zagadnienie, o którym, tak samo jak w przypadku latających talerzy unoszących się nad Chrystusem i Matką Boską, w gruncie rzeczy wiadomo było od dawna. Tu nie ma na dowolności interpretacji. Mamy po prostu fakty, w dodatku materialne, które stoją w sprzeczności z podstawowymi założeniami dotyczącymi korzeni ludzkiej cywilizacji. Warto przy tym zauważyć, że wyłaniający się obraz tego rodzaju tworzy coś w rodzaju zwierciadła, w którym w istocie zobaczymy obraz nas samych. Obraz każący zadać sobie pytanie: jak to jest możliwe, że nie jesteśmy w stanie dostrzec tego, co było (i jest) wokół nas cały czas? Jest to pytanie, które uznałem za fundamentalne i, jak wspomniałem, rozważaniom z nim związanym poświęciłem sporo miejsca. Jest to wyzwanie, które stoi przed nami, a uświadomienie go sobie jest pierwszym krokiem na drodze do pokonania pewnego progu - ważniejszego niż większość ludzi sobie wyobraża.

Igor Witkowski

 

Liczba odsłon na "starej" stronie Cudu Miłości: 2243